Programy kulinarne są modne, gotowanie i jedzenie jest w modzie. Blogi kulinarne powstają jak grzyby po deszczu. My Polacy przeżywamy teraz boom na kulinarne uniesienia i jak to zwykle bywa od razu znamy się na wszystkim: na gotowaniu, na serwowaniu, na krytykowaniu, ogólnie o jedzeniu wiemy wszystko. I wszystko wiemy najlepiej.

Wystarczy pójść do znajomych. Nie uświadczysz już u nich obiadu z kotletem i ziemniorem. Dostaniesz za to kilka listków z kropkami kremu balsamicznego dookoła (8 zł w promocji za 250 ml, żal nie brać) szumnie nazwanych sałatką. I oni wiedzą lepiej, że tak właśnie powinna wyglądać sałatka. Do tego wszystkie koleżanki to blogerki kulinarne, nawet jeśli jedyne, co potrafią upiec, to zakalec. Przecież zawsze można nazwać to brownie/blondie, a to musi być w środku mokre, nie? A zdjęcie można strzelić smartfonem, walnąć na insta i jakoś się kręci.

No i gwiazdki Michelin, przecież teraz się o tym mówi, więc trzeba wiedzieć, że się je tylko tam gdzie są, bo jak nie ma gwiazdki to syf, mogiła i żarcie w korycie. Dla mniej wtajemniczonych pojawi się u nas niedługo kilka ciekawostek w tematyce okołogwiazdkowej. Warto przeczytać. A nuż uda się dzięki nim zabłysnąć w towarzystwie.

A więc jedzenie jest w modzie. Ale czy to źle? Przyglądając się opiniom osób dotychczas uważanych za autorytety kulinarne wychodzi na to, że tak, bardzo źle. Niektórym restauratorom chyba nie do końca podoba się to, że teraz ludzie chętnie próbują robić w domu to, co jeszcze kilka lat temu jedli tylko i wyłącznie w restauracjach, albo że przychodzą do restauracji i, o zgrozo, strzelają fotki, a potem publikują w internecie. Kojarzycie jak w jednym z odcinków HK W. M. Amaro z pogardą wspomniał o tym, że teraz wszyscy to blogerzy kulinarni? Skąd ta pogarda? Co, lepiej było jak restauracje świeciły pustkami? Chociaż kto wie, może niektórzy wolą mniej klientów, ale większego kalibru. Zwykły szary człowiek powinien wpieprzać zupę z torebki. A te paskudne blogerki kulinarne? Nic tylko przepisy i przepisy. W dodatku na zdjęciach ich jedzenie wygląda lepiej niż w niejednym lokalu, tym gorzej, nie?

Drodzy przeciwnicy mody na jedzenie, zamiast zalewać się jadem i żółcią nie lepiej zjeść coś dobrego i się zrelaksować? Pomyśleć, że cała ta moda na jedzenie sprawia, że jemy coraz lepsze jakościowo produkty, restauracje mają więcej klientów i darmową – dzięki blogerom – reklamę? Gdzie nie spojrzeć, same plusy.

Tym optymistycznym akcentem kończę i idę upiec swój zakalec jakem blogerka z prawdziwego zdarzenia. Potem strzelę mu fotkę, bo dzień bez fotki jedzenia to dzień stracony.

P.S. Na zdjęciu macie jedno z dań wyróżnionej gwiazdką Michelin restauracji Vertig’O w Genewie. Nie wiem, jak wasze, ale moje ślinianki szaleją.

O Autorze

Karolina

Podobne Posty

  • Jeśli więcej osób zacznie gotować w domu – to „moda” na jedzenie wcale nie jest taka zła. Niestety, ja zaobserwowałam trend na oglądanie programów kulinarnych (nie przekładający się na praktykę). Większość znajomych żywi się na mieście, w niedzielę zamiast na spacer, idą do McDonalda. Smutne to. W domu nie gotują praktycznie wcale. Za to jeśli zaczyna się rozmowa, to już są ekspertami, bo oglądali master czy innego top chefa. Dzieci żywią się w szkole i są przekonane, że ciasta biorą się tylko z cukierni. Może im więcej takich zakalców, z których autorzy są dumni, tym więcej osób złapie bakcyla? Nie wiem. W każdym razie życzę powodzenia – początki bywają trudne. Nie każdy musi być drugim Amaro 🙂 A blog – prywatna sprawa, uważam jednak że każdy czynny użytkownik internetu (blogujący czy komentujący) jest lepszy niż kilku biernych.

    • Moda na jedzenie jest wspaniała. To, co w artykule opisałam z przymrużeniem oka jest tak naprawdę bardzo pozytywną obserwacją. Sama znam kilka osób, które zaczęły rozsądniej podchodzić do kwestii żywienia właśnie dzięki kulinarnej modzie. I jeśli wybierają fastfood to świadomie, bo wiedzą, że można inaczej.